niedziela, 8 kwietnia 2012

Wielkanoc


Za nami dzień u Rodziców. Pełen przede wszystkim jedzenia, jedzenia, jedzenia. Pysznego.  Byliśmy też oczywiście w Kościele. Krzyś najpierw tańczył, do niezwykle radosnej wersji "Wesoły nam dzień dziś nastał" naszego organisty. A potem zasnął i spędził większość mszy na moich kolanach. Ciekawe czy jutro jakieś dzieci będą się lały wodą mimo tej temperatury. W ogóle co to ma być: za zimno na spacery.

Kabarety. Trener Biedronka. "Codziennie inny wskaźnik". Popłakałam się ze śmiechu. Sąsiedzi znów się na górze tłuką. Za to wczoraj wieczorem kap, kap, kap... Znów nas zalali. Tym razem "poszła" im bateria od wanny. A u nas przez 3 godziny leciało z sufitu. Do samej 
wanienki i misek 7 litrów wody... Dobiją nas, a na pewno nasz sufit.




Rzeczy (mało optymistyczne), których człowiek nie wie dopóki nie wyprowadzi się na swoje:
1. Odgłosy kropli to nie deszcz za oknem. To sąsiedzi.
2. Wężyk od WC - mały a może wiele.
3. Nic nie kończy się tak szybko jak duża paczka papieru toaletowego.
4. Produkujemy niezmierzone ilości kurzu. Zmiatanie i mycie podłogi oraz ścieranie mebli to syzyfowa praca. Po 10 minutach nie widać różnicy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz